[Wywiad] Zostałam ukarana, ale za nic nie przepraszam - część 1
„To niedaleko domu Madonny” mówi mi kierowca taksówki, kiedy odczytuję adres. „TO JEST dom Madonny” odpowiadam. Informacja ta robi na mnie takie wrażenie, że nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa przez resztę trasy. Przejeżdżamy obok posiadłości Sylvestra Stallone’a, nazwanej - jak oznajmia tabliczka - Casa Rocky - po czym podjeżdżamy naprzeciw mniejszego, bardziej anonimowego domostwa. Jedynym co wskazuje na to, że mieszka tu osoba znana, są czarne zasłony udrapowane za bramą, chroniące przez wścibskimi spojrzeniami - ale wygląda na to, że i tak każdy wie, kto tu mieszka.
Kiedy przyciskam guzik domofonu, podjeżdża Jeep. „Powiedz ode mnie cześć Madonnie” krzyczy radośnie kierowca, podczas gdy brama otwiera się, a moim oczom ukazuje się zacieniony palmami podjazd, zwieńczony fontanną, podświetloną w wieczornym mroku.
U bramy stoi odziana na czarno postać, którą jest, jak się później dowiaduję, stróż Albert, który prowadzi mnie w kierunku domu. Gdy do niego docieram, inny mężczyzna, w czarnych dżinsach i podkoszulku, otwiera mi drzwi wejściowe. „Asystentka Madonny jeszcze nie przyszła, ale niebawem się zjawi” mówi. Mężczyzna wychodzi, a ja usadawiam się na wyściełanej kanapie.
Jestem sam w domu Madonny. Gdy tylko wyrażono zgodę na wywiad, wszystko poszło z płatka. Nie stawiano żadnych warunków, nie było żadnych kontraktów, żadnych speców od PR, usiłujących uściślić o co wolno, a o co nie wolno pytać, co jest normą w dzisiejszych czasach.
Spotkanie miało odbyć się najpierw w Mediolanie, potem w Miami. Gdy przyjechałem do hotelu, asystentka Madonny, Caresse Henry, zadzwoniła aby podać mi adres i numer telefonu, po czym ustaliła, kiedy mogę przyjść i posłuchać jej nowej płyty. Obecnie gwiazdy - nie mówiąc już o gwiazdach tego formatu co Madonna - rzadko wpuszczają dziennikarzy do swoich domów. Wolą anonimowe hotelowe apartamenty, biura czy restauracje. Zazwyczaj też nie wręczają Ci swego numeru telefonu, ani nie zapraszają Cię do siebie, abyś majstrował przy ich sprzęcie stereo, w trakcie ich nieobecności.
Jak mówi mi później Madonna, „Jestem dużą dziewczynką. Jeśli nie chcę odpowiedzieć na jakieś pytanie, powiem ci o tym. Większość sławnych osób ma trudności z wyrażaniem swojej opinii, stąd tyle ostrożności”. Ale to później. Na razie, przekonany jestem, że przechodzę pewien test, że jestem obserwowany. Czuję się jak frajer, siedząc tak sztywno, więc rozglądam się.
Dom, urządzony przez młodszego brata Madonny, Christophera, jest piękny, ale nie w ostentacyjny sposób. Ramy zwieńczonych łukami drzwi, wysadzane są skamielinami miejscowych koralowców, sufit wyłożony jest drewnem. Umeblowanie gustowne, minimalistyczne i wygodne - wielkie kremowe kanapy z poduchami, kościelne świece, ciemne drewno w jadalni na 12 osób. Na dole znajduje się wielki salon, z jadalnią po jednej, oraz biurem i pokojem z TV po drugiej stronie. Dom przedstawiono we wrześniowym wydaniu pisma „World Of Interiors”, więc mogę jeszcze dodać, że znajduje się w nim sześć sypialni, a malowidła na ścianach to głównie dziewiętnastowieczne dzieła autorstwa Charles Victoire Moench, Bouguereau oraz malarzy ze Szkoły Tiepolo. Następnego dnia robię sobie coś do picia, mogę więc donieść, że kuchnia lśni czystością, lodówka jest dobrze zaopatrzona, i jedynie dwa monitory wizyjne wskazują, że jest to teren pilnie strzeżony. Dom sprawia wrażenie zadbanego, uporządkowanego, nie zagraconego, ale także zamieszkanego - to dom, a nie muzeum. W końcu przybywa Caresse, gęsto się tłumacząc i przywołując do siebie, szczeniaka Madonny, Pepito, który stoczywszy się ze schodów, dołącza do nas.
Uroczy, rozbrykany, biały pit-bull terier, trafił do Madonny jako prezent na jej trzydzieste szóste urodziny, i z takim zapałem obwąchuje, liże i skacze, że znów trzeba go zabrać, zanim wysłucham płyty.
Trudno oceniać płytę jeśli słucha się jej raz, głośno, przez dobre głośniki. To co usłyszałem brzmiało dobrze. Chwilami świetnie. To brzmienie jest brzmieniem dojrzalszym, osadzonym bardziej w estetyce soulu i drum and bassu, niż house’u. Tym razem Madonna nagrała piosenki, nie taneczne przytupanki, które stanowiły większą część płyty „Erotica”. „Bedtime stories” to album popowy, a w nagrywaniu płyt popowych Madonna jest najlepsza. Lepsza niż niemal ktokolwiek inny. Cztery utwory wyprodukował Nelly Hooper, z czego jeden - „Bedtime story”, który po zremiksowaniu stanie się prawdopodobnie klubowym klasykiem - napisał razem z Bjork. Kolejne dwa utwory napisał Babyface, który nagrał także chórki do piosenki „Forbidden Love”. Resztę wyprodukował duet producentów R&B Dallas Austin i Dave Hall. Tematem przewodnim płyty jest nie seks, ale miłość, chociaż największe wrażenie pod względem lirycznym robią prowokujące „Survival” i „Human nature” - utwory w stylu drugiego z wymienionych, nagrywałby dziś Prince, gdyby tylko nie stracił wątku, podobnie jak imienia. „Ups, nie wiedziałam, że nie potrafię mówić o seksie / Nie żałuję” śpiewa w refrenie. „Ukaraliście mnie za dzielenie się swoimi fantazjami / Łamię zasady, które nie ja ustanowiłam / Nie jestem waszą dziwką, nie obrzucajcie mnie gównem”. Tym razem wygląda na to, że zła prasa zabolała.
Później, czekając aż Albert podjedzie Range Roverem i odwiezie mnie do hotelu, Caresse mówi mi, że to najmniejszy z trzech domów należących do Madonny. Ten w Los Angeles, to magnacka posiadłość, przypominająca zamek. Apartament w Nowym Jorku jest, cóż, bardzo nowojorski. Z kolei dom w Miami jest szczególny. „Tu podoba mi się najbardziej” mówi.
Rozmawiamy o jej nowej płycie. „Naprawdę ci się podobała?” pyta z niepokojem „Może teraz ludzie napiszą coś miłego. Mam nadzieje, że teraz dla odmiany poużywają sobie na kimś innym”.







