[Wywiad] Madonna właśnie nagrała swoją najodważniejszą płytę
Po co nagrałaś kolejną płytę?
A po co się oddycha? Nagrałam kolejną płytę, bo kocham to robić, bo kocham tworzyć muzykę. Tym się zajmuję.
Kiedy zlecono mi przeprowadzenie z Tobą wywiadu, zastanawiałem się „O co mogę zapytać Madonnę, o co nigdy nie zapytano?” I wtedy pomyślałem „O muzykę! Zapytam ją o muzykę!”. A zatem, jak Ci się nagrywało płytę „Ray of light”?
Cóż, moja córka codziennie odwiedzała mnie w studiu, więc było sporo przerw dla dziecka: to nowość. Przede wszystkim jednak, wykorzystałam wiele muzycznych możliwości. Pozwoliłam Williamowi (Orbitowi) bawić się w mojego profesora. Pochodzi ze środowiska, gdzie sporo się eksperymentuje, gdzie można sobie pozwolić na nowatorstwo. Nie jest wyuczonym muzykiem, a ja przywykłam do pracy z wyuczonymi muzykami. Wiedziałam jednak, że tą drogą chcę pójść, więc o wiele bardziej zaryzykowałam. Czasem cały proces twórczy był frustrujący, bo nie byłam przyzwyczajona do czegoś takiego. Nagranie tej płyty zajęło nam o wiele więcej czasu niż zwykle. Teraz jednak uświadomiłam sobie, że potrzebowałam tego czasu, by dotrzeć tam, dokąd zmierzałam.
Jak wygląda proces tworzenia piosenek u Ciebie i Twoich współpracowników?
Cóż, za każdym razem jest inaczej. W przypadku Williama często było tak, że wręczał mi taśmy z różnymi fragmentami materiału, nad którym pracował - taśmy ośmiościeżkowe, szesnastościeżkowe, surowe wersje tego, co możesz usłyszeć na płycie. A ja słuchałam tego w kółko i to po prostu stanowiło inspirację dla tekstów. Zaczęłam je pisać, a wtedy wracałam do Williama i sugerowałam, aby rozwinąć dany motyw. W miarę jak to robiliśmy, ja dopisywałam tekst. Tak było ze wszystkimi piosenkami, poza ostatnim kawałkiem z płyty, „Mer girl”. Zdecydowałam się dodać słowa do napisanej już muzyki, a gdy William spytał mnie, czy chcę coś z tym zrobić, powiedziałam, że chcę nagrać tę piosenkę w takiej postaci w jakiej jest i chcę, by od razu puścił taśmę, a ja zaśpiewam. I tak też zrobił. W czasie, gdy pisałam „Frozen”, którą współtworzyłam z Patem Leonardem, miałam obsesję na punkcie książki „Pod osłoną nieba”, całej tej marokańskiej orkiestry i tej super romantycznej wizji faceta niosącego ukochaną kobietę przez pustynię. Więc powiedziałam Patowi że, chcę czegoś w takim orientalnym klimacie, czegoś bardzo zmysłowego i romantycznego. Gdy zaczął grać, po prostu włączyłam cyfrową taśmę dźwiękową, zaczęłam swobodnie kojarzyć różne rzeczy i tak powstała melodia.

Jak w trakcie nagrywania tej płyty, zmieniło się Twoje podejście do śpiewu? Wydajesz się bardziej skłaniać ku europejskiemu podejściu do wokalistyki, bardziej teatralnemu.
Dla potrzeb „Evity” brałam lekcje śpiewu i zdałam sobie sprawę z tego, że mój głos ma możliwości, z których w ogóle dotąd nie korzystałam. Wcześniej po prostu przyjęłam do wiadomości to, że mam ograniczoną skalę głosu i chciałam maksymalnie ją wykorzystać. Po czym zaczęłam brać lekcje u nauczycielki śpiewu. Niech Bóg ją błogosławi. Po cichu marzyłam, aby móc śpiewać klasyczne włoskie piosenki, więc na koniec lekcji moja nauczycielka pozwalała mi śpiewać włoskie operetki. Może to w pewien sposób wpłynęło na sprawę.
„Ray of light” to płyta smutna, ale nie brzmi jak współczesny, kojarzony z takim brzmieniem, soul a la Mary J Blige. Czy zmienił się Twój stosunek do czarnej muzyki i tejże kultury?
Myślę, że tak naprawdę we współczesnym soulu nie poszukuje się owej duszy, więc w tym względzie jest to rozczarowujące i mało inspirujące. Są oczywiście artyści, których szanuję i podziwiam, ale mając na względzie większość przypadków, R&B nie jest już tym, czym było dawniej.







