[Wywiad] Madonna właśnie nagrała swoją najodważniejszą płytę
Wielu artystów debiutujących w tym samym czasie co Ty, stoczyło się po równi pochyłej, i nawet wybitne talenty, takie jak Prince, Michael Jackson, George Michael, U2, R.E.M, nie sprzedają już tylu płyt i nie cieszą się tym samym poważaniem, co kiedyś. Ty nadal sprzedajesz płyty, wciąż idziesz do przodu. Dlaczego tak się dzieje?
Wszyscy, których wymieniłeś, są niesamowicie utalentowani, więc nie sądzę by miało to związek z talentem. To przez trudny żywot jaki prowadzimy. Musisz po prostu znaleźć złoty środek, rozgraniczyć, kiedy przejmować się, a kiedy nie przejmować się tym, co mówią inni. Trudno jest jednocześnie pragnąć wszystkiego, pragnąć odnosić sukcesy, tworzyć muzykę, która przemawia do ludzi, a jednocześnie umieć się do tego wszystkiego zdystansować. To naprawdę trudne.
Jak zdołałaś to zrobić?
Cóż, regularne obrywanie po tyłku bardzo uczy pokory. Od samego początku mojej kariery ludzie wypisywali o mnie jakieś gówna i mówili, że jestem gwiazdą jednego sezonu, że zniknę po roku. Może i było to dobre, bo przynajmniej nigdy nie miałam o sobie zbyt wysokiego mniemania.
Stworzyłaś interesujące rzeczy z wieloma różnymi ludźmi. Od Babyface’a do Williama Orbita, od Shepe Pettibone’a do Davida Fostera. Zastanawiałem się, co Ty wnosiłaś do tej współpracy?
Strach! (śmieje się) Nie wiem, może pewną wrażliwość i siłę. Czuję, że każdemu z kim pracuję, pokazuję inny wymiar procesu tworzenia. Kiedy pracuję z ludźmi wyglądającymi na ograniczonych, otwieram ich. Pragnę, by zboczyli z wydeptanej ścieżki, by się rozwinęli, by wyrzucili reguły przez okno. Gdy pracuję z kimś tak zdezorganizowanym i chaotycznym jak William, efekt jest odwrotny. Bardziej się podporządkowuję i jestem bardziej skupiona. Strzelam z bata. William to geniusz, ale jest kompletnie zdezorganizowany.

Powiedział mi, że nie był do końca przyzwyczajony do przebywania wśród ludzi.
Tak jest. To był rodzaj szoku kulturowego. Mieliśmy wiele problemów. Wszystko się gmatwało i wszyscy się złościli, bo pracowaliśmy z samplami i z syntezatorami, nie z żywymi muzykami i cholerstwo co chwila się psuło, a nikt nie wiedział, jak to naprawić. Siedzieliśmy tam polegając na jednej maszynie i myślałam, że to naprawdę popieprzone. Często mieliśmy pod górkę. Ale daliśmy radę.
To musiało być prawdziwe wyzwanie: z jednej strony Ty, wychodząca prosto z lekcji śpiewu do „Evity”, z drugiej William, znany z tego, że w ogóle nie pracuje z głosami.
Ale w tym tkwi to piękno. Pragnęłam jego wrażliwości, charakteru, podobają mi się te naprawdę wysoko zmechanizowane dźwięki. Ale twórczość Williama ma też w sobie sporo melancholii. Byłam jego wielką fanką od lat i po prostu wiedziałam, że nasza współpraca będzie czymś pięknym.
Jak znajdujesz ludzi z którymi współpracujesz? Jestem pewien, że możesz mieć każdego, kogo zechcesz.
Cóż, mogłabym (śmieje się). Lubię pracować z ludźmi, którzy wykorzystują okazje. Zazwyczaj nie zostali jeszcze odkryci, bo ci, którzy raz odnieśli sukces, nie lubią podejmować ryzyka.







