[Wywiad] Madonna atakuje!
Uwaga! Madonna ma Wam coś do powiedzenia. Przygotujcie się na pouczenie w sprawie światowego konfliktu, życia po śmierci i Mini Coopera.
Madonna przybywa punktualnie. Wygląda tak niepozornie, jak tylko może wyglądać najsławniejsza kobieta na świecie. Ubrana jest w odcienie czekoladowego brązu i węgla, na oczy ma nasuniętą czapkę z tweedu. "Cześć, jestem Madonna" mówi, dość nieelegancko wciskając się w narożny boks. Madonna właśnie ufarbowała włosy na brąz, przez co nie przykuwa uwagi tak bardzo jak zwykle. "Przy takiej pogodzie pewnie czujesz się jak w domu" śmieje się. W Los Angeles szaleje burza. Sugestia, że tęskni za wilgotną Brytyjską pogodą, nie wywołuje reakcji.
Jesteśmy w barze hotelu Polo w Beverly Hills, położonego na początku drogi prowadzącej wprost do posiadłości Madonny, którą ta podobno odkupiła od Diane Keaton za trzy i pół miliona dolarów. Mimo, że Jack Nicholson i Steven Spielberg regularnie bywają tu na kolacji, przybycie Madonny wywołuje poruszenie. Natychmiast zjawia się przy niej kelner. Madonna zamawia herbatę rumiankową z miodem w uprzejmy, ale zdecydowany sposób, nie dając nadziei na pogawędkę. Siedzący po drugiej stronie pianista przestaje grać na parę minut, by zerknąć na nas zza wielkiej rośliny doniczkowej. "Zatrzymałeś się tu?" pyta, gdy kelner się oddala. "Nie? A gdzie?" Gdy odpowiadam, patrzy na mnie ze współczuciem. "Ten hotel to jakaś nora. Biedaku".
Mimo powściągliwego ubioru oraz współczucia, którym przez moment mnie obdarzyła, Madonna emanuje porażającą pewnością siebie. Z pewnością nie jest w czwartym miesiącu ciąży, o czym doniosła ostatnio pewna brytyjska gazeta (temat trafił nawet do brytyjskiej komisji rozpatrującej skargi prasowe). Nie ma makijażu. Wokół jej oczu i ust można dostrzec lekkie zmarszczki, ale w wieku 44 lat nadal zachwyca urodą - nawet mając lekko zaczerwieniony nos. Od tygodnia zmaga się z przeziębieniem. Niemal każde zdanie przerywa podciąganiem nosa i od czasu do czasu przykłada doń środkowy palec, chcąc uniknąć wszelkich "wycieków" .
Jej akcent jest mieszanką akcentu amerykańskiego i afektowanej brytyjszczyzny z niepokojąco rzucającą się w uszy domieszką cockneya. W pewnym momencie mówi nawet "Cor blimey!" (charakterystyczna dla cockneya wersja okrzyku "God blind me!", czyli "A niech mnie!" przyp. tłum.) . Madonna jasno pokazuje, kto tu rządzi - spróbuj jej przerwać, a i tak będzie mówić dalej. Temat jest zamknięty dopiero wraz z jej stanowczym poleceniem, by przejść do kolejnego pytania.
Od października zeszłego roku Madonna przebywała w Los Angeles, pracując nad nową płytą, "American Life". Podobnie jak w przypadku płyty "Music" z 2000 roku, współproducentem albumu jest Mirwais Ahmadzaï. Przed premierą płyty krążyły pogłoski, jakoby jej motywem przewodnim miała być religia. Uściślając, miałaby to być płyta o hebrajskojęzycznym tytule, ilustrująca entuzjastyczny stosunek Madonny do kabały, odłam Judaizmu, którego początki sięgają średniowiecza. Tymczasem, "American Life" Madonna określa jako "odzwierciedleniem swojego obecnego stanu umysłu i poglądów na świat".
Ostatnim utworem jaki wydała, była piosenka "Die Another Day", motyw przewodni ostatniego filmu o Bondzie, która przeszła bez większego echa. Utwór znalazł się na "American Life", ale na pewno nie jest reprezentatywnym dla całego albumu. To, jak brzmi płyta, oddaje o wiele lepiej utwór tytułowy i zarazem singiel promujący płytę. Piosenka "American Life" łączy ze sobą rytm techno, płynne aranżacje klawiszowe, akustyczny refren i dziwaczny rap. Połączenie klubowego hymnu z refleksyjną piosenką rockową, z pewnością stanowi krok naprzód w stosunku do materiału z płyty "Music".





